DNA Miasta

Informacja

Artykuł opublikowano dnia 05 Oct 2010 w kategorii Wywiady DNA 2010.

Lublin – od Nocy Kultury do Europejskiej Stolicy Kultury

Ewelina Jurasz: Kiedy zaczęłam studia w Lublinie poznałam to miasto jako mocno zakorzenione w kulturze. Nie mogłam i nie mogę narzekać na brak oferty kulturalnej. Nie wiem natomiast co działo się tu wcześniej. Przyszłam „na gotowe”. Chciałabym porozmawiać z Wami o samej idei ESK, o tym jak się rozprzestrzenia w mieście, jak reagują na nią mieszkańcy. Ponad miesiąc temu złożyliśmy aplikację. Do tego momentu musieliśmy przejść długą drogę. Kiedy właściwie pojawił się pomysł na przystąpienie do konkursu o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury?

koZa Rafał Koziński: Pomysł na startowanie Lublina do tytułu ESK pojawił się w środowisku kultury wiosną 2007 roku, wtedy rozpoczął się proces przygotowania. Zaczęliśmy zgłębiać temat. Analiza przypadku Krakowa z roku 2000 okazała się bezzasadna, ponieważ był to tytuł okazjonalny, nie przyznany w konkursie. Przejrzeliśmy papiery brukselskie, przypadki innych stolic kultury. No i wreszcie ktoś krzyknął – „Wchodzimy!”.

EJ: …i od razu Lublin uwierzył w szansę na tytuł ESK?

koZa: Tak. Środowisko kultury było wtedy skonsolidowane po kilku miesiącach przygotowań do pierwszej Nocy Kultury. Instytucje kultury, artyści, niezależne ośrodki, organizacje pozarządowe – wszyscy uświadomiliśmy sobie, że stanowimy wielką formację, że razem możemy dokonać zmiany. To współistnienie Nocy Kultury z ideą Europejskiej Stolicy Kultury pozwoliło uwierzyć w sens kandydowania. I na początku czerwca eksplodowała Noc Kultury. Jednej nocy odbyło się 150 wydarzeń, praktycznie wszyscy lubelscy artyści wystąpili za darmo, olbrzymia frekwencja do rana, miasto oszalało w jakimś dzikim karnawale, kompletnie zaskakującym organizatorów, uczestników, media.

Grzegorz Kondrasiuk: …i z tego rodzaju mandatem zupełnie inaczej rozmawiało się z samorządowcami.

koZa: Szybko w ESK uwierzył także zarządzający kulturą wiceprezydent Włodzimierz Wysocki, niedługo później przekonaliśmy także pozostałe władze miasta oraz Urząd Marszałkowski. Idea ESK połączyła obydwie „frakcje”: dotąd Urząd Miasta i Urząd Marszałkowski ścierały się ze sobą, częściej prześcigali się w pomysłach niż działali wspólnie. Podczas Nocy Kultury, z 1 na 2 czerwca 2007 roku o północy podpisany (a w zasadzie „podbity” legendarną czarcią łapą) został pakt o współpracy na rzecz Europejskiej Stolicy Kultury, jeszcze trochę „na kredyt”. A następne lata potwierdziły sens tego gestu.

GK: W kulturze rzeczy nie dzieją się same z siebie. Właściwie to trzeba by się cofnąć jeszcze krok w przeszłość. Organizując Noc Kultury, nie do końca świadomie podłożyliśmy zapałkę pod przygotowany wcześniej chrust.

koZa: Budowanie zmiany w kulturze zaczęło się od tego, że zbadaliśmy wydatki Samorządu Miasta na kulturę. Okazało się, że jeśli przeciętne miasta w skali kraju wydają na kulturę 3,2 % to w Lublinie było to 1,7%. Takie twarde dane są trudne do podważenia. Zaczęło się wtedy mówić, że to jest poniżej krytyki, a potencjał mamy przecież ogromny, w dodatku jesteśmy miastem akademickim. Urząd zgodził się na zmiany, ale mówił też jasno: my zwiększymy wydatki na kulturę, ale to wy, ludzie kultury, macie zbudować wieloletnie programy i projekty. To na was spoczywa odpowiedzialność za to, jak się rozwinie kultura w tym mieście. Dziś myślę o tym, z niedowierzaniem – urząd przekazał część swojej władzy w ręce specjalistów! Dla nas to był pierwszy symptom, że społeczeństwo obywatelskie, o którym tyle słyszeliśmy, naprawdę istnieje. Tak się również szczęśliwie złożyło, że w środowisku artystów zaczęli się pojawiać ludzie młodzi przed trzydziestką, których nie dało się lubelskim instytucjom kultury wymrozić, tak jak reprezentantów poprzednich generacji, zniechęcając ich zamykaniem drzwi przed nosem. Sporo podróżowali, poznając inne kraje, miasta i inne modele funkcjonowania kultury. Ale potem – wrócili. Nie mogli się zgodzić na zastaną sytuację.

GK: W tym miejscu trudno uniknąć kilku gorzkich słów. Obiegowa opinia głosi, że lubelskie środowisko (myślę tu zwłaszcza o teatrze alternatywnym, czy też raczej post-alternatywnym) jest niezwykle mocne. Tylko że swoją pozycję zdobywało i umacniało głównie na zewnątrz, w światowym obiegu festiwalowym. Wszyscy nasi wielcy zdobywali sławę poza miastem, tam byli doceniani i było o nich głośno, a tutaj, poza prezentacjami kolejnych dzieł i dbaniem o byt własny nie budowali szeroko pojętego, otwartego środowiska. Status quo oparte na doglądaniu i użyźnianiu własnego ogródka – imprezy, zespołu, przy nie do końca klarownych, zależnych od lokalnych konfiguracji politycznych podstawach, nie mógł trwać w nieskończoność. Myślę, że to szczęśliwy zbieg okoliczności, że ten konkurs połączył się z naprawą kultury w Lublinie.

EJ: Przechodząc do wizji i pomysłów prezentacji miasta: z czego się zrodziły, jak są realizowane?

GK: Duże miasta w Polsce (nie będę ich teraz wymieniał) mają wizję skonkretyzowaną od dawna, i nie potrzebują do tego wyścigu o ESK w roku 2016. Wypracowały spójny wizerunek, hasła promocyjne. Znają swoją misję. Tymczasem Lublin jest w tym momencie dopiero na początku pracy nad samookreśleniem. Chyba dlatego nasze hasła promocyjne, które padały do tej pory, oraz tzw. myśl przewodnia aplikacji(Miasto w dialogu) i inne pomysły na zamykanie obecnych działań w narracje na temat przyszłości – są otwarte. Nie możemy tu oczywiście wypowiadać się w imieniu autorów aplikacji – Krzysztofa Czyżewskiego, Rose Fenton i Dragana Klaica, ani w imieniu Prezydenta Miasta (to właśnie on firmuje ten dokument). Ale najwyraźniej pomysł na aplikację lubelską, opierający wizję programu na czterech osiach tematycznych (Miasto i region, Pamiętanie i antycypacja, Wobec Wschodu, Kultura wiedzy) zakłada ich rzeczywiste, nie wirtualne dookreślanie. Optymistyczne wyjaśnienie jest takie, że są one rodzajem zaproszenia skierowanego w stronę praktyków kultury, jak to ujmuje jeden z twórców aplikacji – Artystów Zmiany, Artystów Miasta.

koZa: Zachęcano nas wielokrotnie, by już teraz przedstawić główne hasło. Owszem, pewnie mogliśmy to zrobić. Ale nie w tym rzecz. Nie warto zaczynać od hasła, kiedy ono jeszcze nic nie znaczy. Hasło powinno wynikać raczej z tego, co robimy, zbierać dotychczasowe działania.

GK: Zdajmy sobie sprawę, że przez zaledwie trzy lata to miasto musiało na nowo przepracować pół wieku swojego istnienia, czyli wykonać gigantyczną robotę autointerpretacyjną. Nikt nam wcześniej nie zadawał takich pytań! Mogliśmy oczywiście poprosić agencję reklamową o zbudowanie chwytliwej kampanii, tylko pytanie: po co? To ma się urodzić w ludziach, a nie być tylko pustym słowem. Jest tutaj coś jeszcze – niechęć części mieszkańców do swojego miasta, wstyd „bycia z Lublina”. Najpierw zmuszeni jesteśmy do przepracowania kompleksów, do udania się na kozetkę psychoterapeuty, do terapii afirmatywnej. No a potem możemy przejść do wizyjnego hasła, do zawołania bitewnego. Chyba niewielu Lublinian mogłoby się utożsamić z jakimkolwiek hasłem sformułowanym dziś.

EJ: Często powtarzające się pytanie: dlaczego warto startować w konkursie o tytuł ESK?

koZa: Na pewno nie chodzi o pieniądze. Chodzi o zmiany.

GK: …za którymi pójdą pieniądze.

koZa: Miasto potrzebowało pomysłu na siebie, celu i kierunku w którym może się rozwijać. Szczęśliwie zdarzył nam się konkurs ESK, stając się katalizatorem zmian. Przecież to nie jest tylko projekt kulturalny, ale projekt zmiany całego miasta! To jest projekt, który może „przeczarować” na nowo Lublin – wymazać z głów znane, wstydliwe dookreślenie Polski „B” zmyć poczucie szarej, brudnej rzeczywistości. Pamiętam jak młodzi ludzie widząc jakiekolwiek hasła związane z konkursem reagowali ironicznym śmiechem: Europejska? Stolica? Kultury? W Lublinie? Teraz się to zmieniło. W dużej mierze dzięki lokalnym mediom, które wykonały istotną pracę edukacyjną dla społeczności Lublina. Pamiętam też taki okres, kiedy niektórzy ludzie z instytucji kultury i NGO-sów wolontaryjnie prowadzili, całymi seriami, wykłady otwarte o rzeczywistym, społecznym wymiarze ESK, dla biznesmenów, prawników, studentów, były nawet lekcje szkolne… Praca nad kandydaturą Lublina odbywała się wszędzie, w teatrach instytucjonalnych, galeriach, domach kultury, bibliotekach, klubach osiedlowych, organizacjach pozarządowych, squotach, i w umysłach niezależnych artystów i społeczników.

EJ: Macie rację. W lutym, gdy prowadziłam ankietę pytałam studentów czy mamy szansę na tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. W większości słyszałam kpinę w ich głosie. Z tego co mówiliście wcześniej, od kilku lat miasto mocno się rozwija. Co się zmieniło dzięki samemu procesowi starań o ESK?

koZa: Świadomość, że kultura i sztuka nie są osobną wyspą, ale współtworzy żywy organizm miasta.

EJ: Aplikacje złożyło jedenaście miast. Co Lublin wyróżnia spośród nich?

koZa: Czy tego chcemy, czy nie – jesteśmy prowincją. Ale Lublin to także miasto strategiczne. Artysta Jarosław Koziara rzucił kiedyś hasło „Na Wschodzie Lublin”. Krzysztof Czyżewski z kolei ukuł stwierdzenie „Lublin, Sztukmistrz Wschodu”. Ten „wschód” może być rozumiany wprost, jako kierunek geograficzny. Ale można go rozumieć jako wznoszenie się, wschód kultury.

GK: Może jeszcze trochę inne poczucie czasu i tym samym bliższe relacje między ludźmi. Bezpośredniość. To co powiem zabrzmi strasznie i banalnie, ale tu, w Lublinie rozmowa o pogodzie szybko przechodzi w rozmowę o pogodzie lub niepogodzie ducha.

EJ: Jak przekonać mieszkańców o sensie walki o ESK? Mówiliście, że jesteśmy zakompleksieni. Wielu wydaje się, że rok 2016 ich nie dotyczy, zwłaszcza studiującym tu młodym ludziom. Co z tym zrobić? Jakie są drogi zmieniania opinii społecznej?

koZa: Na to potrzeba wielu lat. Tego się nie załatwi chwytliwym sloganem, ani kilkoma wydarzeniami na dużą skalę. Oczywiście, Lublin korzysta z możliwości wizerunkowego docierania do każdego mieszkańca: reklama zewnętrzna, oklejone autobusy i nadruki na biletach, czy wielkie koncerty na Placu Zamkowym. O ESK można trąbić w mediach, ale jeśli na scenę w centralnym miejscu w Lublinie wchodzi Beata Kozidrak (która dla wielu lublinian jest boginią, podobnie jak Krzysztof Cugowski i reszta ekipy z Budki Suflera są bogami), i łamiącym się ze wzruszenia głosem mówi, że wychowała się tu, obok, na sąsiednim podwórku (co zresztą jest prawdą), a potem woła „Lublin będzie stolicą! Będzie Europejską Stolicą Kultury!”, to nie ma przeproś, ta kilkudziesięciotysięczna widownia skanduje te słowa razem z nią. Oni jej wierzą, bo komu innemu mają wierzyć? Politykom? Urzędnikom?

GK: Dobrym przykładem jest program Wolontariusz ESK 2016, w którym uczestniczą ludzie w każdym wieku. Pracują przy wielu wydarzeniach kulturalnych, a przy okazji stają się ambasadorami tej idei w mieście.

koZa: Spektakularne wydarzenia promujące ESK w Lublinie już miały miejsce. Media o tym napisały i powiedziały. Teraz musimy wychodzić dalej, bezpośrednio do ludzi, na dzielnice, sypialnie-blokowiska.

GK: Zalążkiem tych działań jest SPOKO – Społeczny Komitet Organizacyjny ESK. Grupa aktywistów, wariatów działania społecznego. Poznali się, obejrzeli ze wszystkich stron i zdecydowali, że chcą działać w jednej drużynie. Są tam różni ludzie, z różnych środowisk i z zupełnie innymi poglądami, z prawicowym i lewicowym backgroundem, NGO-sy, urzędnicy, niezrzeszeni.

EJ: A jak miasto promuje się w Polsce i poza granicami?

koZa: Nie promuje się. O miastach kandydujących i tak będzie głośno, zwłaszcza gdy pojawi się krótka lista. Nie ma sensu teraz wydawać pieniędzy na promocję poza miastem, na masę gadżetów reklamowych. Lepiej zainwestować w lokalny rozwój. Jakiś czas temu jedno z polskich miast wydało milion złotych na realizację dużego widowiska transmitowanego przez telewizję. Fundowanie ludziom tylko dobrego show niczego ich nie nauczy. Lublin tego samego dnia rozstrzygnął kolejny konkurs na działania kulturalne. Ten sam milion rozdysponowano dla osób, które chciały prowadzić własne projekty. Do oceny było dwieście projektów. Jak wiadomo, każda najmniejsza nawet inicjatywa angażuje pewną ilość osób, uruchamiając proces kreatywnego myślenia i współtworzenia rzeczywistości społeczeństwa obywatelskiego. Te inicjatywy przekładają się więc na setki, tysiące mieszkańców zaangażowanych w budowanie własnej przestrzeni życia w mieście. Lublin w przeciwieństwie do wielu innym miast nie wykorzystuje ESK do promocji siebie jako miasta, ale do samorozwoju.

EJ: W kontekście tego co mówicie – na co stawia miasto? Czy rozwijają się mocniej festiwale filmowe czy teatralne? Czy można w ogóle w taki sposób to różnicować?

GK: To nie jest tak, że ktoś nam zadał lekcję i nagle musimy wybierać między obszarami aktywności, czy bardziej kochamy mamusię czy tatusia, sztuki wizualne czy gimnastykę sportową i pływanie synchroniczne, do tego najlepiej na defaworyzowanych obszarach, bo to się Komisji Europejskiej dziś podoba. Przydarzyła nam się po prostu piękna konieczność – wpisania działalności kulturalnej w ramy aplikacji, programu, a w szerszej perspektywie – wymyślenie strategii i klarownej metody zarządzania kulturą. Co oznacza, że naszym zadaniem poznawczym jest dialog artysty i odbiorcy. Czyli myślenie o targecie, mówiąc tym paskudnym, ale skutecznym marketingowym żargonem.

koZa: W pewien, nieoczywisty sposób, wszystko naprawdę zależy od ludzi. Jeden najnowszy przykład: z idei przypomnienia „Sztukmistrza z Lublina” I. B. Singera powstał Festiwal Sztukmistrzów, czyli artystów Nowego Cyrku, kuglarzy, buskerów, oparty na potencjale wieloletniej działalności Klanzy i pedagogice zabawy. Czyli prawdziwa oddolna inicjatywa, której nikt społeczności Lublina nie narzucił. Rzecz całą ostatnio podchwycił Urząd Miasta, na bazie Sztukmistrzów organizując duże, promocyjne wydarzenie Carnaval Sztuk-Mistrzów. Ale cały czas najistotniejsze i żywe pozostało to, co dzieje się pomiędzy eventami, kiedy wyjadą zaproszone ze świata gwiazdy. Czyli praca u podstaw.

EJ: Czym jest dla Was miasto?

koZa: Miasto jest dialogiem pomiędzy tkanką społeczną a urbanistyką.

Miasto w człowieku, człowiek w mieście.

EJ: Dziękuję za rozmowę.

koZa: Chwileczkę. Rozmawiamy 7 września, kiedy z dnia na dzień okazuje się, że wszystkie wielkie idee o których jest tutaj mowa, tracą sens. Minister Kultury zaczyna w sposób kuriozalny zmieniać ustalone wcześniej zasady konkursu. Na krótkiej liście kandydatów do ESK miało być od 2 do 4 miast, tymczasem nagle dowiadujemy się, że liczby te zwiększyły się do 3 i 6. Do tego szybki, dwudniowy tryb wyboru krótkiej listy. Rozumiem, że zmiany te są robione na potrzeby bieżącej, jesiennej polityki. Do tego te irytujące, przejrzyste aluzje w wywiadach, o tym, że tylko duże miasta mogą być stolicami, by w sobie skupić kulturę całego narodu. Jest to myślenie dokładnie wbrew idei ESK!

EJ: Co możemy z tym zrobić?

GK: Tego rodzaju sytuacje zmuszają nas do zabrania głosu. SPOKO wystosowało list otwarty, który wysłaliśmy w Polskę, przypominając, że kapitał społeczny nie jest własnością polityków. Nie wiemy, jak szerokie zainteresowanie wzbudzi. Obecnie poza ludźmi z Lublina zaczynają go podpisywać osoby z Poznania, Łodzi, Bydgoszczy.

Grzegorz Kondrasiuk – redaktor naczelny miesięcznika „kulturaenter.pl”, jako reasercher i redaktor pracował w zespole przygotowującym pierwszą aplikację Lublina do konkursu ESK 2016.

koZa Rafał Koziński – kreator wydarzeń artystycznych w przestrzeni publicznej Lublina i Lwowa. Z wykształcenia animator i menadżer kultury. Kierownikartystyczny Warsztatów Kultury.

Ewelina Jurasz – studentka kulturoznawstwa na UMCS w Lublinie. Zaangażowana w działania SPOKO Samorządu, współzałożycielka studenckiej grupy ParaFraza zrzeszającej młodych animatorów i twórców kultury.

Jeden komentarz

  1. Leszek
    October 27, 2010

    „Lublin będzie stolicą! Będzie Europejską Stolicą Kultury!” słyszałem to na własne uszy na koncercie – i niech tak się stanie!!!